RSS
wtorek, 26 kwietnia 2011
droga...

 

Pokonałam kolejne kilka schodów zwykłych i niezwykłych zarazem dni; zupenie wyrwanych z mojej rzeczywistości.... Mam nieodparte wrażenie, że od pewnego czasu moje życie toczy się dokladnie obok mnie... obok, a może trochę nade mną... Daje mi to poczucie absolutnego braku stabilności emocjonalnej, a jednocześnie jest nieporównywalne z różowym puderem rozdmuchiwanym przez melancholijne słonie. TO jest prawdziwe. Realne, cudowne i pochłaniajace mnie bez reszty. Moje migdały słonie i wielka irracjonalna kula mieszająca stany świadomości, nagle zniknęły. Pojawił się w moim życiu nowy element. On ... nie pasuje do żadnej abstrakcyjnej ilustracji... On .... jest mądry, ciepły, realny i czuły... Jest moim kołem ratunkowym i kotwicą w jednym... Cała gama doznać w zaledwie kilka godzin gotuje sie we mnie przez kilmetry snów i marzeń... Rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów pętli na szyi opętanej wiedźny... Odkrywam w sobie zło jakiego nigdy nie znałam... odkrywam dobro jakiego nigdy nie dawałam ... Żyję dla tych kilku chwil, kiedy tonę w szaro-niebieskich oceanach źrenic. Odkrywam moje najciemniejsze karty. Małe, aroganckie, nieopanowane zauroczenie krzyczy we mnie z wielką siłą. Wrzeszczy tak, że czasem idąc ulicą zasłaniam usta, aby nie zgubiło się w tłumie. Biegnę wiosną, liczę złamane serca i odblaski nieszczerych uśmiechów. Daję znać swoim myślom, że znalazł się obiekt który należy przyswoić lub odrzucić. Błagam je o litość w ocenie... Zostawce moje złudne nadzieje choć jeszcze kilka godzin. Modląc się unikam wszystkich obrazów i dźwięków, które mogę mnie zniszczyć. Jak można być tak szczęśliwym i nieszczęśliwym za razem.

Pętla na szyi pociągnęła mnie prosto do niej .... obraz, słowo ... jest i niczym głaz w żołądku pozostała... Biała barykada uczuć pełzająca po szyi. Drzemie w swej sile pewna i niezachwiana, czekając  na odpowiednią chwilę aby zatopić mój głaz w jak najgłębszej wodzie.

Justin prowadź mnie właściwą drogą...

 

sobota, 05 marca 2011
marzenia

Kilka dni temu potknęłam się o własne ja...Co prawda było tu od zawsze ale właśnie tego dnia znalazło w sobie odwagę aby wychylić przestraszone ciałko i chudymi łapkami złapać mnie za nogi. Upór lub wspomniana czule głupota, ostatkiem sił utrzymały mnie w pionie. Chwilę myślałam, że to żałosne i powinnam była poprostu jak zwykle poddać się zanim usłyszę szepty i śmiechy za plecami. Ale stałam, przetwałam i okazało się, że świat nie kręci się wokół moich niepowodzeń. W ogóle nie kręci się wokół mnie. Wiruje w wariackim pędzie zupełnie obok. Miesza w sobie wszystko co spotka na swojej drodze i zabiera wartośc pięknym i dobrym rzeczom w które wierzymy w dzieciństwie. Czasem mam uczucie jakbym stała bezradnie przed ogromną kulą mentalnego bałaganu nieustannie mieszanego i doprawianego kolejnymi zdarzeniami. To właśnie ta wirująca kula potargała migdały i wystraszyła słonie. Świat moich ideałów i piękna został wchłonięty przez bagno zdrady i bezwartościowej paplaniny.

Nie ma bajeczek o wielkich uczuciach, nie ma pięknych kolorów, nie ma ideałów. Jest rzeczywistość na którą zostałam sprowadzona brutalną szczerością. I jestem za nią wdzięczna.

Lustro nadal nie bywa złośliwe, a pergamin koszuli zamienił się w drapiącą wełnę.

Ktoś w południe magicznej daty, życzył mi spełnienia prawie wszystkich marzeń. Spytałam zawiedziona dlaczego nie wszystkich. Usłyszałam wtedy piękną odpowiedz: bo życie bez marzeń nie ma sensu i niektóre z nich musimy w sobie pielęgnować"

 

piątek, 18 lutego 2011
lista...

...wydaje się, że atrament chmur rozwadnia się z każdym dniem...czy będzie z tego ciepły wiosenny deszcz czy zimna śnieżyca...

...ja nadal jestem tą "poza kategorią" ... nie jestem nią, ani inną i to czyni mnie szczęśliwą ... niektóre cyfry pozostają bez zmian, inne nie; i choć 30+ zostanie ze mną jeszcze kilka lat, za kilka dni kolejny próg...

Kolejna data spod drzew ... wspomnienia cisną się przez każdą szczelinę mojej świadomości ... zamykam ... nie słucham... nie myślę ... odrzucam to co było....

Otwieram się na to co nowe ... może moje migdały, które znowu brutalnie chciały o sobie przypomnieć znikną, odejdą lub zaprzyjaźnią się z moim nowym ja...

Zobaczyłam dziś nienazwane jeszcze coś ... pojawił się uśmiech i lustro już nie jest takie złośliwe...

Punkt pierwszy na mojej liście ... również nienazwany ...ale niezwykle materialny... z płomieniem w oku.... zawieszona na ramieniu delektuję się pergaminem koszuli...już nie pomarańczowa ...

 

 

 

poniedziałek, 13 grudnia 2010
bilans...

dwa lata i kilka dni .... i kolejny poniedziałek.

Stało się. Świat runął i powoli sie podnosi. Odsłania paskudną mordę, której wcale nie chciałam oglądać. Ostatnie 300 dni to koszmar powolnego konania po to aby odrodzić się mądrzejszym. To cel, jednak brakuje pewności czy osiągnięty. To dużo czy mało aby zrozumieć jak się właściwie gra w  to " życie" w wersji single? Czy dla wszystkich jest wogóle taka opcja?

Chciałam wrócić i ciągnąć temat moich migdałowych marzeń ale one też gdzieś zginęły. Nieszczęścia chodzące parami to jednak prawda. Sine niebo z dodatkiem mojego różowego słonia; choć smutnego i nie do końca mojego było o wiele lepszym tłem do "życia" niż obecne.

Runął świat, odcięto pępowinę i od razu wciśnięto w ręce kości do gry. Wciśnięto je i zabrano migdały, słonie i całą moją smutną nadzieję. Teraz moja kolej, teraz rzucam ja ...

Kobiety wkraczające w magiczny wiek "po 30" ponoć dzielą się na takie, które mają już gromadkę wymarzonych dzieci, dom i męża; takie które nie chcą całego tego zamieszania i robią błyskotliwą karierę u boku fantastycznego kochanka; samotne z wyboru i ... ja.

Pojawiły się magiczne cyfry. W życiu, związku i pracy. Jedyna wierna i niezmienna jest na wyświetlaczu wagi.

Szczęścia w nieszczęściu do pary zniknęły oba. Oba w tym samym czasie. jeden z nich miał być przyjacielem ...okazał się kochankiem ... niestety nie moim. Drugi marzył mi się jako kochanek, a przestał być nawet przyjacielem.

Mogę teraz zaknąć ten rozdział i zacząć kolejny poniedziałek. Tak więc ze smutkiem resetuję stan na dzień dzisiejszy i zaczynam pisać listę marzeń. Najważniejszą zasadę "życia"...

 

środa, 03 grudnia 2008
cztery kroki do taksówki...

 Wzrok spada z góry i przepływa wzdłuż płotu. Myśl, telefon, schody. Schodzi piechotą - każdy krok dodaje sił dwóm połówkom. Kilka pięter pokonanych z niezwykłą lekkością. (Pod górę zapewne będzie gorzej. Należy liczyć na drogocenną siłę różowych słoni zaplątanych w myśl.) Idzie spokojnie, choć każdy krok niestabilnie opiera stopę na pływających płytach chodnika. Powoli wyrastają przed nią migdały. Każdy kolejny bardziej niebieski, radosny...Brama...Kolejne kroki na cztery nogi ... już pewniejsze i bardziej stabilne. Ostatnie promienie spływają na ziemię, a wiatr składa ukłony migdałów. Szpaler marzeń zmienia się w drogę do celu. Złudną i długą... Siadają w ogródku. Pomiędzy drewniany most i parasol ciepła. Kilka godzin spojrzeń i opowieści rodem z Andersena. Kilka ton wspomnień o przyszłości ... długa lista: co byłoby gdyby...byłoby...ale nie było.... Prosta droga od balustrady do balustrady - most granicą bezpieczeństwa. Dobrze, że jego szerokość, nie długość. Zastanawia się dlaczego dostaje palec gdy nigdy los nie poda ręki. Dlaczego daje jej radość tylko po to, aby później było jeszcze  trudniej. Droga do domu ...kieliszek wina.... schody i cztery kroki do taksówki ...

...


"I've been down and I'm wondering why these little black clouds keep walking around with me  ..."

iskra...

Na początek kilka kresek...Kilka godzin mrugających powiek i paskudny róż cholernych słoni. Złośliwe migdały przegoniły czas. Schody przelewały się powoli, aż na sam dół. Zaklęcia i melodia każdej sekundy nieświadomie przymykają powieki. (Słońce dawno ogrzewa inną część dysku.) Przerwana rozmowa, śwatło żarówki i nierównoległe tory codzienności. Czarne pasy na podłodze, łyk herbaty i dół wygnieciony w kanapie. Poszła odetchnąć, utopić zmęczenie... Syrena przerwała strumień.

- "jasne, zaraz będę"

Mokre włosy lądują pod warstwą wełny. Zimno jak diabli, ale nie kiedy lecisz w konarach twoich własnych niebieskich migdałów. Udało się ukołysać koniec i początek. Znaleźć iskrę i dotrwać do rana.  Kolejne 168 długich godzin mijało w towarzystwie wyjątkowo różowych zwierzaków wspomaganych szumem mocnych tabletek. 

 

poniedziałek, 01 grudnia 2008
pomarańczowa koszula...

26, otwarte konto i schody w dół ... sezonowy brak wsparcia i minimalna frekwencja. Zimno jak co roku, a z migdałów zostały tylko szare pazury. Czyli wszystko w normie. Zupelnie nie pamięta jak wyglądała. Słonie miały nabrać koloru jednak nie nabrały. Tylko jeden może dwa spojrzenia. Tuman słów, huragan życzeń. System zdecydowanie dwójkowy z jednym małym, a może ogromnym wyjątkiem. Po schodach w dół nie spłyneły ani migdały ani słonie... powoli wypełzały nadzieje. Kiepska muzyka, woda w zupie i ...pomarańczowa koszula.

 

niedziela, 16 listopada 2008
moje niebieskie migdały...

 

Długi korytarz, odór przepoconych dresów i PVC na podłodze. Późne popołudnie i szybki krok.

- " Dziś idę na basen, ale jutro będę " - telefon wpada do bocznej kieszeni plecaka. Drzwi trzaskają i płyną 24 godziny absurdu. Mijane po drodze niebieskie migdały i różowe słonie wyznaczają trasę do sadzawki. Jest i nie ma - znowu drzewa i słonie... czasem żyrafa. Dziwna żyrafa, z krótką szyją - o tej porze roku więcej liści jest na ziemi. Mokre rzeczy na grzejniku parują chlorem z przepłyniętych setek metrów. Czarna skrzynka, kilka listów pachnących perfumami w outlook' u. Zasłona, okno, balkon, papieros - jaki papieros przecież nie pali. Nie papieros więc duże niebieskie jabłko. Daje dużo światła, zapadł zmrok -  jest późno. Łóżko, sen jak spiżarnia wariata. Niepokój, pobudka, poranek. Tym razem słoneczny i cichy. Kawa, tost wyskakujący po minucie i radio bębniące coś o zachmurzeniu w polityce.Kurtka, drzwi, korytarz, winda - winda, korytarz, drzwi, buty. Dwa koła i czerwona rama mija auta buchajace smogiem.

- "Bądź człowieku zdrowy" westchnął mimowolnie zaciągając się spalinami.

.....................................................................................................

Biegnąca przez pasy staruszka wyzwala wulkan agresji:

-" rany boskie, jestem spóźniona, ale, że jej sie na cmentarz spieszy...."

Kolejne kilonetry szarej masakry. Migdały granatowe, słonie nie tak różowe, choć czasem pojawiają im się plamki, z jakiegoś powodu lekko uśmiechnięte.  Wielki zegar na szyi latarni sprzedaje jeszcze trzy kwadranse za jedyne kilka kilogramów stresu. Muszę zdążyć zamin reszta ciepła umknie z pergminu. . .


...................................................................................................

Stary kufer, kanapa, ołówek i odrobina chęci. Za oknem sady granatowo - niebieskich migdałów. Róż słoni ewidentnie zaraźliwy. . .

...................................................................................................

Kolejną dobę egzystencjalnej degręgolady czas zacząć. Granat migdałów nie mija, sen nie trafił – pewnie silna grupa pod wezwaniem szklanej butelki pospała się przed czasem u wrót sklepu kradnąc jej przydział. Wiór sztywnego papieru poczty służbowej – szeleści na monitorze. Nic ani kawałka wieści, skrawka „co słychać” i strzępka „dobranoc”. W tle myśli o żyrafie z krótką szyją – przecież nie znam żadnej takiej anomalii zwierzęcej. Budzik, kalosze sklep. Atrament w kałużach topi liście, których nie zjadła żyrafa. Te które jeszcze ocalały zbiera, układa, fotografuje, stąpa po śladach. Cicho, nieśmiało, ciekawsko zagląda za mury zniszczonych piaskownic.


..................................................................................................

Małe zadziorne i nerwowe stworzenie. Wieczny pęd do słońca i radość z prostych drobiazgów. Zanurzona po szyję w słowach, kolorach i migających neonach dużego miasta. Poranek. Za oknem granatowe jak zwykle migdały pływające w lekko błękitnej mgle. Psy prowadzą na spacer sennych panów. Autobus zatrzaskuje drzwi na przystanku. Koło: dzień, noc, sen, poranek..... Szybko, nerwowo przed siebie. ........ Aż pojawia się wielki boa. Oplata szyję i blokuje kark. Strach, telefon, schody – BÓL. Auto, profil, doły i łzy. Mijają czarne niemal migdały. Słonie transparentne z kroplą różowej pomadki. Trzy schody, ręka. Sinobłękitna emalia na ścianach. Do wysokości wzroku, a może wzrok nie sięga wyżej. Znachor ratuje jej światopogląd. Radość od południa po północ, od wschodu do zachodu – szkoda, że nie słońca. Powrót profil i ostatnie promienie....Słonie napełniają się różem, a migdały bledną.